Jest rok 2207. Pewien astronom, nazwiskiem Benon Haywick, podczas rutynowych badań nieba wykrywa rój ogromnych lodowych brył zmierzających prosto na Ziemię. „Goście” dotrą na naszą małą błękitną planetkę za około sto lat i zmienią ją nie do poznania. Tak zmienią jak zmieniłby wybuch adekwatnej liczby bomb atomowych. Coś może ten eksperyment przeżyje, ale ludzie niekoniecznie. Niestety, ludzkość nie dysponuje artylerią zdolną ten problem rozwiązać w sposób klasyczny, czyli odstrzelić intruzom to i owo, a najlepiej wszystko. W obliczu tak postawionego problemu pan Haywick dochodzi do wniosku, że jedyną metodą na przetrwanie jest dostosowanie się człowieka do warunków mających nastać na Ziemi. W chwili, kiedy nasz bohater stara się zainteresować władze zaistniałym zagrożeniem, rozpoczyna się intryga będąca istotą całej powieści.
Zarysowana fabuła nie wygląda może zbyt rewolucyjnie. Takie pomysły mieli już inni, wcześniejsi pisarze, taki Kuttner chociażby. Sęk w tym, że sam pomysł to nie wszystko. Zimniak przede wszystkim stworzył bardzo ciekawą opowieść a fakt, że posłużył się znanym wcześniej motywem, w ogóle nie umniejsza jego dzieła. Co jest jednym z największych jego atutów - oprócz doskonałego warsztatu - to kreacja świata. Od naszych smutnych czasów minęło dwieście lat. Świat podzielony jest na tzw. latyfundia. Polska niestety – znów - zniknęła z mapy, stając się częścią latyfundium Preussen. Cóż, mogło być gorzej. Mogły być to Rosja lub Chiny... Autor nie rozpisuje się zbytnio na temat historii, ale nastąpić musiała jakaś zaiste większa zawierucha, skoro część obecnych terytoriów USA zajmuje twór państwowy o nazwie Królestwo Mzinga. Zamieszkany i rządzony przez ludzi rasy czarnej. Nie, to brzmi rasistowsko. Afroamerykanów. Nie, jakich Amerykanów - Afromanów. Jednym z ich największych miast jest Garvey, ze starą dzielnicą o swojskiej nazwie Harlem. Cóż, Wielkie Jabłko przemianowywane było już wcześniej. Trudno jednak oprzeć się wrażeniu, że tym razem nie odkupiono go za garść paciorków...
Kultura tego państwa to konglomerat gangsterskich obyczajów z gett współczesnej nam Ameryki, z wierzeniami zebranymi z całej Afryki oraz elementami voodoo. W połączeniu z nowoczesną technologią daje to mieszankę niezwykle interesującą, jak również wybuchową. Tytulatura, polegająca na kolejnych Szamanach od Tablic, Włóczni i Bóg raczy wiedzieć czego jeszcze, daje nam – Czytelnikom - ten arcymiły element egzotyki, pozostając przy tym absolutnie zrozumiała. Żeby było ciekawiej, lud Królestwa Mzinga to banda rasistów, przy których co poniektórzy skini zarumieniliby się ze wstydu. Łajtmen ma w tym kraju ciężkie i nader niewygodne życie - nawet, jeżeli obraca się w kręgach władzy. Nigdy nie wie, kiedy czarni gospodarze traktują go serio, czy wykonywany właśnie nad nim rytuał (oczywiście absolutnie niezbędny) to kolejny zabobon, czy przykrywka dla nader zaawansowanych technologii lub wyższej psychologii.
Inna niezmiernie ważna rzecz w tej książce, to strona obyczajowa dotycząca naszego, nazwijmy to „białego” kręgu kulturowego. Czy spekulacje Zimniaka, co do rozwoju (czy tez raczej degeneracji) społeczeństw, się spełnią? Nie wiadomo, ale są zdecydowanie zbyt prawdopodobne by je zignorować... Ostatecznie Ziemia 2207 roku pańskiego to świat, w którym Zakon Scjentystów Bosych zajmuje się klonowaniem między innymi ludzi.
Wszystko to połączone z sensacyjną fabułą daje nam książkę od której trudno się oderwać. Czy jest to tak zwana wielka literatura, która przejdzie do historii? Raczej nie. Ale jest to kawał ciekawej, oryginalnej, literatury fantastycznej, którą z czystym sumieniem można polecić każdemu miłośnikowi gatunku i każdemu, kogo chce się do fantastyki. zachęcić.
Plusy:
+ świetny warsztat
+ciekawy świat
+ interesująca fabuła
Autor: Andrzej Zimniak
Tytuł: Biały Rój
Wydawnictwo: Wydawnictwo Literackie, 2007
Wydanie: oprawa miękka, 345 stron
Cena: 32 zł
Strona WWW: tutaj