Niektórzy twierdzą, że nie po to kupili nowe konsole czy wydajne komputery, by grać w produkcje rodem z lat 80. ubiegłego stulecia. Czy mają rację?
Niektórzy twierdzą, że nie po to kupili nowe konsole czy wydajne komputery, by grać w produkcje rodem z lat 80. ubiegłego stulecia. Czy mają rację?
Doprowadziło to do sytuacji, w której oprócz niesamowicie dopracowanych tytułów niezależnych, pojawia się cała masa produkcji - nazwijmy to - niekoniecznie udanych. Teraz każdy chce mieć swojego "indyka", a często najprostszą drogą do celu okazuje się stworzenie dwuwymiarowej platformówki w klimatach retro. Jesteśmy zalewani grami tworzonymi "na kolanie", ale na szczęście oddzielanie ziarna od plew ułatwiają nam komentarze na Steamie. Czy tak powinno być? Czy tego chcieliśmy, gdy na rynku pojawiały się pierwsze, bądź co bądź genialne "indyki" pokroju Braida? Oczywiście wspominam tę produkcję, by każdy bez problemu skojarzył zjawisko, choć samego pojęcie gier niezależnych sięga lat 70. i 80. XX wieku, ale teraz - dzięki cyfrowej dystrybucji - "indyczki" przeżywają odrodzenie.
Często jednak odnoszę wrażenie, że niezależni producenci idą po linii najmniejszego oporu, a ich gry po prostu straszą pikselami. Straszą, bo ich obecność nie jest w żaden sposób uzasadniona, a sama grafika wygląda nieciekawie. Takie gry mogłyby doczekać się współczesnej oprawy i wtedy mielibyśmy do czynienia ze znacznie lepszymi tytułami, przynajmniej jeśli chodzi o wygląd. Nie zawsze wynika to jednak z lenistwa, ale często po prostu z braku środków. Tak to można sobie tłumaczyć. Może tak jest, nie wiem - nie zaglądam nikomu do portfela, bo z perspektywy konsumenta interesuje mnie wyłącznie efekt końcowy. Dlatego bardzo szybko odbiłem się od Shadowcrypt, o którym pewnie nawet nie słyszeliście, ale ciekawy klimat produkcji mógłby tu być lepiej wykorzystany, gdyby autorzy zadbali o lepszą oprawę. Tak samo było w przypadku Unbelievera. Moja przygoda z tą grą zaczęła się szybciej niż skończyła, bo szybko dostrzegłem, że twórcy chcą uszczknąć kawałek tortu dla siebie, ale niestety wychodzi im to mizernie.
Wydawać by się mogło, że odpowiedź na pytanie zawarte w tytule felietonu nie będzie jednoznaczna. Ale jest. Bez wątpienia "indyki" nie powinny nas straszyć pikselami. Czasem jednak to robią. Wtedy mamy do czynienia z naprawdę kiepskimi grami. Kiedy jednak ten specyficzny rodzaj oprawy graficznej dodaje grze klimatu i umiejętnie nawiązuje do kultowych przedstawicieli gatunku, oferując interesujący miks klasyki i nowoczesnych rozwiązań, aż chciałbym zajrzeć głęboko do portfela, by wesprzeć autorów takich tytułów na Kickstarterze. Często jednak niezależni twórcy nieudolnie próbują grać na naszych uczuciach, w efekcie czego ich gra nie ma nic ciekawego do zaoferowania, a poza tym wygląda po prostu brzydko.
Powyższy felieton wyraża osobiste poglądy autora i nie może być utożsamiany z całą redakcją portalu.