100. FIFA 10
Gracze, którzy nie mają zamiaru wyłącznie rozgrywać jednego meczu za drugim, lecz chcą skupić się na zarządzaniu klubem z pewnością dostrzegą m.in. udoskonalenia w kwestii przeprowadzania transferów. Zakupić znanego piłkarza, będąc menadżerem małego klubu, jest znacznie trudniej niż w poprzedniej odsłonie cyklu FIFA. Oprócz tego możemy także wcześniej, w specjalnym edytorze, przygotować sposób rozegrania rzutu wolnego czy też rożnego i w odpowiedniej chwili, w trakcie meczu, go uruchomić. To tylko przykłady nowości, jakie wprowadzono w FIFA 10, by uczynić tę grę bardziej grywalną. Sprawia to, że po raz kolejny dzieło EA Sports „cierpi” na syndrom jeszcze jednego meczu, więc lepiej nie sięgać po ten tytuł wówczas, gdy mamy mało czasu. Niejedna zarwana nocka gwarantowana.
Aby pokonać wszystkie przeciwności dzielna księżniczka będzie przemierzać różnorakie światy i krainy, poznając wielu wrogów i przyjaciół. Pomocą służyć jej będzie dzielna armia oddanych wojowników oraz… smoczek (nasuwają się trochę skojarzenia z Milusiem). Zaraz na początku gry będziemy musieli zdecydować się na wybór profesji oraz smoka, który będzie z nami podróżował. To zwierzątko zastąpiło znaną wcześniej Szkatułę Szału. Z czasem nabierze on więcej mocy i nieraz zdecyduje o wyniku bitwy. Mimo tego, że smok nie jest tak ciekawy jak duchy uwięzione w Szkatule, to jednak sprawia wrażenie potężniejszego i przydatniejszego, zwłaszcza w późniejszych etapach gry.
Amelia zdobywając doświadczenie może rozwijać nowe umiejętności, poznawać nowe czary, zabierać w podróż towarzyszy i awansować aż do 50 poziomu. Tym razem w przemierzaniu świata pomaga bohaterce skrzydlaty rumak, pegaz, który znacznie ułatwia eksplorację krainy. Pozwoliło to na stworzenie lokacji niedostępnych lub ukrytych na pierwszy rzut oka. Wprowadzono również całą (dość potężną) rasę jaszczuroludzi i nowych potężnych bossów. King's Bounty: Wojownicza księżniczka to świetna gra i pozycja obowiązkowa dla wielu graczy, nie udało się jej jednak uniknąć wtórności w stosunku do Legendy. Nowości mogło być więcej, zwłaszcza, że niektóre z nich są natury czysto kosmetycznej. Najnowsze rozszerzenie wprowadziło edytor map, który miał zapewnić grze trwałość i zachęcić ludzi do tworzenia nowych map, podobnie jak w przypadku Herosa 3, jednak jak na razie wysypu projektów nie było, a szkoda.
Lumines, w przeciwieństwie do Tetrisa, jest jednak grą muzyczną, każdej czynności na przyciskach towarzyszy dźwięk, który zgrywa się z podkładem muzycznym danej planszy. Oczywiście dźwięki na każdym levelu są inne, a dodatkowo zmienia się oczywiście kolorystyka oraz, co najważniejsze dla rozgrywki – tempo opadania klocków i szybkość z jaką przez planszę przesuwa się linia usuwająca klocki ułożone w kwadraty (lub ich wielokrotność). Na niektórych planszach linia idzie bardzo wolno, a klocki spadają niezwykle szybko, co wymaga zwijania się jak w ukropie. Na pierwszy rzut oka wydaje się, że gra wymaga tworzenia kombosów, by podczas jednego przejścia linii zniknęło jak najwięcej klocków, ale tak naprawdę chodzi o to, żeby usunąć z planszy wszystkie klocki, albo chociaż pozostawić na niej wyłącznie te w jednym z dwóch kolorów. A zresztą, co Wam będę tłumaczył, obejrzyjcie filmik.
Gra wymaga poznania i stosowania kilku sztuczek, jeżeli chce się osiągnąć naprawdę przyzwoite wyniki, a za takowy uznaje się zamknięcie licznika (999999 pkt.), możliwe jedynie w pierwszej części gry i wymagające treningu oraz sporej cierpliwości, bo sesja trwa długo, a pod koniec wpada się już w niemalże trans. O co zresztą chodziło twórcy – genialnemu Tetsuyi Mizuguchiemu, twórcy między innymi Rez, ostatnio pracującemu przy Child of Eden. Jeżeli nie graliście w Lumines, łatwo możecie to nadrobić także na PC, PS3 i X360, nie tylko na PSP, na które pierwotnie gra została wydana.
Co stało się, kiedy twórcy serii Burnout wzięli się za produkcję FPSa? Powstała produkcja, która bez wątpienia jest jedną z najlepiej wyglądających minionej generacji, a także tytuł, w którym zniszczenie i dobra zabawa są na pierwszym miejscu. Mimo wszystko BLACK nie był grą „lekką”. To poważna historia nie do końca legalnych operacji przeprowadzanych przez amerykański wywiad. Skojarzenia z niedawno wydanym Call of Duty: Black Ops są jak najbardziej na miejscu. Samo umiejscowienie gry w Europie Wschodniej jest tego dobrym przykładem, podobnie jak przerywniki filmowe, w których pojawiają się aktorzy.
Odstawmy jednak fabułę na bok, bo mimo wszystko to nie ona gra tu pierwsze skrzypce. BLACK już na zawsze zostanie zapamiętane za to, że zmusił on PlayStation 2 i pierwszego Xboksa do tego, by wycisnęły z siebie siódme poty. Mimo czterech lat na karku dzieło Criterion wciąż wygląda znakomicie, przy jego pomocy można oszukiwać znajomych, że pod Waszym telewizorem znajduje się mocniejszy sprzęt niż w rzeczywistości – i nie ma w tym stwierdzeniu ani krzty przesady. I aż do chwili, kiedy na rynku ukazało się Battlefield: Bad Company nie było innego tytułu, który umożliwiałby nam destrukcję na taką skalę. W BLACK za naszą sprawką waliły się całe budynki, co rzecz jasna było zasługą skryptów (ale za to jakich!), płomienie pożerały całe pola, a palec naprawdę rzadko schodził ze spustu. Wymiany ognia to esencja tej produkcji i niewiele jest strzelanin, gdzie były one równie sycące. Tutaj można się delektować każdym wystrzelonym nabojem.
Cholernie wysoki poziom trudności, znakomita oprawa, w tym muzyka , w komponowaniu której maczał palce sam Michael Giacchino oraz czysta radość. Czego chcieć więcej? Chyba tylko więcej „Czerni”.
To tylko jedna z wielu „złotych myśli” pary komentatorów tego sportu. Blood Bowl to odmiana footballu amerykańskiego. Tyle, że jeszcze bardziej brutalna, pozbawiona dwóch bramek (punkty dają tylko przyłożenia) i rozgrywana przez rasy z Warhammer Fantasy Battle. Gra zresztą oryginalnie jest stołowym systemem bitewnym z figurkami, miarkami i kostkami. Całkiem popularnym zresztą. Wydana pod koniec października Legendary Editio to chyba najkompletniejsza i najlepsza próba przeniesienia tej gry na ekrany monitorów. Oczywiście już rok temu to samo studio wydało standardową, bardzo udaną, wersję, ale w porównaniu z LE była biedna. Tutaj mamy aż 20 ras (brakuje tylko Krasnoludów Chaosu), więcej trybów gry (no, jeden dodatkowy, ale za to długi), poprawione AI. Po prostu Blood Bowl. Zespoły są zróżnicowane, mają inny styl gry. Wszystko jest wierne oryginałowi, więc wirtualne kości turlają się niezwykle często. Jest to głównie strategia turowa połączona ze sportówką, ale jak ktoś chce to może grać w czasie rzeczywistym.
Jeżeli ktoś lubi figurowe gry bitewne lub planszowe i nie reaguje alergicznie na football amerykański powinien zagrać. Zwłaszcza, ze multiplayer jest genialny i wciąga jak bagno.
Oba tytuły zachwycają i, jeśli chodzi o wątek fabularny, przewyższają podstawową wersję gry. Pod względem oprawy wizualnej i samej mechaniki nie zmieniło się wiele. Na uwagę zasługuje natomiast muzyka. W Lost and Damned odnajdą się przede wszystkim fani ciężkich gitarowych brzmień, natomiast z The Ballad of Gay Tony zadowoleni powinni być wszyscy fani muzyki tanecznej. Oba dodatki zapewniają po kilka godzin rozgrywki i pod tym względem deklasują wiele wydawanych dzisiaj pełnoprawnych produkcji. Jeżeli tworzylibyśmy ranking dodatków do gier to Episodes from Liberty City z pewnością znalazłoby się na pierwszym miejscu.
Mimo rozbicia środowiska gra odniosła sukces. Już wydano jeden dodatek, wprowadzający siły Chaosu, a w marcu pojawi się kolejny. Jeżeli kogoś interesują klimaty sci-fi, ale odrzuca go zbyt tradycyjna mechanika StarCrafta to powinien się zainteresować – może ta gra jest czymś dla niego.
Świetna oprawa wizualna, którą nawet dzisiaj ogląda się bez zażenowania, mroczna wariacja na temat greckiej mitologii i zapadający w pamięć bohater - to główne cechy, dzięki którym zapamiętaliśmy Kratosa z drugiej odsłony God of War. Ci zaś, którzy nie mieli okazji zasmakować jego przygód w czasach panowania poprzedniej generacji konsol, mają wyjątkową okazję nadrobić zaległości na PlayStation 3 i to na dodatek w dużo lepszej jakości. Wszystko za sprawą God of War Collection, zestawie dwóch pierwszych odsłon przygód Kratosa przystosowanych do działania na PS3. Te gry w ogóle się nie zestarzały.
PS Nie martwcie się pozycją w rankingu, Kratos jeszcze się u nas pojawi...
FIFA 2003 w momencie swojej premiery (a także przed nią, kiedy to EA Sports wszędzie chwaliło się screenshotami i informacjami na temat planowanych zmian) oczarowała fanów cyklu. Producenci nie zdecydowali się na metodę małych kroczków, lecz poszli na całość i zdecydowali się na wprowadzenie rewolucyjnych zmian, nadając serii zupełnie nowy kształt, który zresztą został zachowany po dziś dzień (oczywiście w nowych odsłonach gameplay jest zupełnie przebudowany, grafika ulepszona, ale całość prezentuje się dość podobnie, na pewno nie ma takiej różnicy, jak między FIFA 2002 i FIFA 2003). I właśnie takie ryzyko zadecydowało o sukcesie edycji wydanej pod koniec 2002 roku – szkoda tylko, że przez następnych kilka lat twórcy spoczęli na laurach i rokrocznie wydawali niemal tę samą grę w nowym pudełku.
Akcja Lego Star Wars: The Video Game rozpoczyna się w czasach, gdy Jedi dowiadują się o istnieniu nowego Sitha, Dartha Maula... i toczy się przez trzy pierwsze Epizody Gwiezdnych wojen: Mroczne Widmo, Atak Klonów i Zemsta Sithów. W trakcie rozgrywki odtwarzamy wiele znanych z dużego ekranu scen i napotykamy mnóstwo postaci z uniwersum George'a Lucasa, a w wiele z nich możemy się wcielić. Często kolejne poziomy przemierzamy w szerszym gronie, przełączając się w dowolnym momencie na wybranego bohatera. Jest to nie tylko przywilej, ale także konieczność, by poradzić sobie z niektórymi przeszkodami. Poziomy zostały bowiem tak skonstruowane, by gracz musiał niejednokrotnie wysilić szare komórki w celu znalezienia przejścia do kolejnej lokacji. Niezbyt skomplikowana, ale jednocześnie dająca sporo radości rozgrywka, znane i uwielbiane przez niezliczone grono fanów uniwersum, luźne podejście do tematu i możliwość wcielenia się w rycerzy Jedi - ta mieszanka okazała się receptą na sukces, dzięki któremu LEGO Star Wars wylądowało w naszym zestawieniu.
Dowiedz się jak głosowaliśmy!