Przyznam szczerze, że w pierwszym momencie I Love You, Colonel Sanders! A Finger Lickin’ Good Dating Simulator skradł moje serce. Lubię niedorzeczne pomysły, a trudno o coś bardziej niedorzecznego, niż inspirowana Japonią gra randkowa, której głównym bohaterem jest Harland Sanders – z jakiegoś powodu przemieniony z korpulentnego staruszka w smukłego bishōnena żywcem wziętego z mangi yaoi. Entuzjazm jednak gwałtownie opadł, kiedy okazało się, że nie jest to szalony, fanowski projekt, tylko gra stworzona z oficjalnym błogosławieństwem KFC, a do jej stworzono zaangażowano nie studio, które zjadło zęby na grach randkowych, lecz… agencję reklamową. I chociaż można zrobić produkt marketingowy, który równocześnie będzie dobrym filmem, piosenką, czy właśnie grą, zacząłem podejrzewać, że ILYCS!AFLGDS nie uda się połączyć tych dwóch światów – i szybko okazało się, że moje obawy są słuszne.
Przede wszystkim, ilość gry w grze jest naprawdę znikoma. Ukończenie kursu kulinarnego podczas którego poznajemy Harlanda Sandersa i zakochujemy się w nim zajmuje około godziny – i przez cały ten czas jesteśmy wiedzeni po sznurku. Podejmowane wybory albo pozostają bez większego znaczenia, albo skutkują napisem GAME OVER i cofnięciem gracza do momentu poprzedzającego złą decyzję. Zero kontroli nad historią, zero alternatywnych ścieżek i tylko jeden (chociaż, trzecia przyznać, przepiękny) dostępny partner. Trochę słabo, jak na gatunek, w którym wybory po stronie gracza są teoretycznie kluczowe.
Przełknąłbym totalną liniowość rozgrywki, gdyby opowiadana historia to wynagradzała. Niestety, pod tym względem też jest kompletna klapa. Romans jest całkowicie jednostronny – Colonel Sanders to uosobienie perfekcji pod każdym względem, a postać kierowana gracza ma do niego wręcz bałwochwalczy stosunek. Pomijając już kwestię, że w prawdziwym życiu nie bylaby to relacja specjalnie zdrowa, to randkowanie z ideałem jest śmiertelnie nudne. Tych niedostatków nie rekompensują również bohaterowie poboczni, którzy są nawet płytsi niż narzucony nam obiektu uczuć i istnieją tylko jako preteksty do żartów.
Gwoździem do trumny ILYCS!AFLGDS jest fakt, że humor również zawodzi. Przede wszystkim, teoretycznie gra próbuje parodiować symulatory randkowe, ale w rzeczywistości to płytka parodia losowych, ogólnojapońskich stereotypów. Mamy tu prawdziwy groch z kapustą, od kopii Zespołu R, duetu kulinarnych złoczyńców, którego członkami są Aeshleigh i Van Van, the Man Man (od samego pisania ich imion umieram z zażenowania), poprzez kuchennego robota Clanka, który romansuje z najlepszą przyjaciółką głównego bohatera, po potwory z innego wymiaru zrobione z ziemniaczanego purée i nauczyciela, który jest psem corgi. I chociaż nie mam na ogół nic przeciwko “randomowemu”, abstrakcyjnemu humorowi, to ILYCS!AFLGDS to co najwyżej niezbyt udana próba naśladowania żartów millenialsów.
Chociaż to porównanie jest już praktycznie zajechane na śmierć, to jednak całą tę grę można by było podsumować gifem ze Stevem Buscemi mówiącym How do you do, fellow kids?. ILYCS!AFLGDS od początku do końca jest produktem marketingowym. “Fabuła”, żarty, projekt postaci – wszystko wygląda jak realizowanie kejpiajów z potencjału memiczności i wiralowości przy równoczesnym trzymaniu się briefów wysyłanych przez KFC. ILYCS!AFLGDS jest darmowe, więc nie ryzykujecie swoich pieniędzy instalując ją, ale godziny spędzonej na granie w tę interaktywną reklamę nie odzyskacie nigdy.