343 Industries potrzebowało kilkunastu lat, aby dojść do poziomu jaki osiągnęło Bungie. Efekt? Jedno z najlepszych Halo w historii.
343 Industries potrzebowało kilkunastu lat, aby dojść do poziomu jaki osiągnęło Bungie. Efekt? Jedno z najlepszych Halo w historii.
Kiedy turbulencje przez jakie przechodzi proces produkcji gry są tak widoczne, że mówią o tym nawet media, trudno liczyć na szczęśliwe zakończenie. Niekiedy zdarzają się jednak takie historie jak Halo Infinite – opowieść o wielkich ambicjach, chęci odbudowania legendy kultowej marki i gigantycznych problemach, przez które przechodził deweloper. Słynny zeszłoroczny pokaz aż nadto pokazywał, że z jednej strony mówimy o nowym otwarciu dla marki, z drugiej projekt daleki jest od optymalnego kształtu. Można było wtedy założyć, że prawdopodobnie to nie zachwyty, a rozczarowanie będzie towarzyszyć premierze gry. Kto wtedy postawił na Halo Infinite krzyżyk, dzisiaj może być srogo zaskoczony. Rok opóźnienia był bolesny, ale wyszedł na dobre.
Halo Infinite to miks kilku składników – pojedynczych nietrafionych decyzji, efektów piekiełka deweloperskiego, skromnej skali, ale i świeżych rozwiązań, ducha początków serii oraz kilku wręcz przejawów geniuszu designerów z 343 Industries. Wszystko zaczyna się niepozornie, od sceny w której Master Chief zostaje odnaleziony przez przypadkowego pilota błąkającego się bez większych nadziei w przestrzeni kosmicznej. Wtedy dowiadujemy się co się dzieje. Atriox, lider Wygnanych, wręcz zmasakrował Spartana, a siły UNSC są totalnie rozbite. Ludzie przegrali tę wojnę. Przywrócony do funkcjonowania Master Chief ląduje na pobliskim, rozbitym pierścieniu Halo, opanowanym zresztą przez Wygnanych. Trzeba powstrzymać przeciwnika przed zużyciem tej śmiercionośnej broni. W sytuacji krytycznej John 117 zachowuje się jak prawdziwy bohater walczący tak długo, aż nadzieja jest chociaż minimalna.
Początek mojej przygody z Infinite to szereg pytań. Co takiego w ogóle się wydarzyło? Nowe Halo to kontynuacja piątki, na końcu której Cortana całkowicie się uniezależniła i rozpoczęła bunt wszystkich SI galaktyki. Dlaczego więc nagle znaleźliśmy się w takim miejscu? Gdzie jest cały, globalny konflikt między ludźmi, Przymierzem i sztuczną inteligencją? Dlaczego Atriox, postać znana fanom serii z Halo Wars 2, najpierw prawie zabija Master Chiefa, a teraz słyszymy, że sam nie żyje? Historię zaczynamy więc od ogromnej dziury, w której trudno się połapać nawet obeznanym z serią graczom. Z czasem oczywiście pewne rzeczy się rozjaśniają i kawałek po kawałku odkrywamy co się wydarzyło. Zastanawia mnie tylko ten zabieg deweloperów. Rzeczy kluczowe i spektakularne nie zostały opowiedziane. Zamiast tego otrzymaliśmy skromną opowieść, bez wielkiej skali, pojedynków w centrach metropolii, bitew kosmicznych i wszystkiego z czego znane było do tej pory Halo. Opowieść oczywiście jest kluczowa z punktu widzenia uniwersum, ale jej rozmach jest zaskakująco skromny. 343 Industries jakby chciało nam powiedzieć, że oprócz Master Chiefa nie pozostało wiele sił UNSC. Szkoda jednak, że nie zostało to zobrazowane. Mass Effect 3 świetnie pokazał jak można opowiedzieć historię o ludzkości stopniowo przytłaczanej przez z pozoru niemożliwego do pokonania wroga. Tego mi troszkę w Halo Infinite zabrakło.
Nie zmienia to faktu, że opowieść trzyma w napięciu i nie pozwala się nudzić. Trzeba więc docenić scenarzystów, którym udało się to nawet mimo małej skali. Łatwiej w końcu pokazać coś spektakularnego mając do dyspozycji coś więcej niż oszczędnego w słowach Chiefa, nową SI oraz przerażonego pilota, który najchętniej uciekałby jak najdalej pierścienia. Udało to się między innymi dzięki dobrze napisanemu scenariuszowi oraz narracji. Bardzo podobało mi się wiele zabiegów, z płynnym odejściem z pierwszej do trzeciej osoby w scenkach przerywnikowych na czele. Gry nie często decydują się na takie niestandardowe kadrowanie. W Infinite sprawdziło się to idealnie. Nie da się jednak ukryć, że nie czuć aby to była pełna historia. Widać świadomie pozostawione przez twórców dziur, które prawdopodobnie załatają dodatki – płatne i, oby, darmowe. Napiszę wręcz, że fabuła w Infinite sprawia wrażenie raptem preludium do nowego otwarcia w uniwersum. Nie jest to reboot, bo nikt nie odcina się od dotychczas wydanych gier, książek i komiksów. Twórcy wchodzą jednak w nową erę historii Master Chiefa.